Geoblog.pl    pograbisz    Podróże    ameryka poludniowa 2009-2010    pierwsze starcie z Kolumbijska rzeczywistoscia
Zwiń mapę
2009
15
sie

pierwsze starcie z Kolumbijska rzeczywistoscia

 
Kolumbia
Kolumbia, Ipiales
POPRZEDNIPOWRÓT DO LISTYNASTĘPNY
Przejechano 18721 km
 
no coz....JESTESMY !!!! w tym kraju okrzyknietym jako najniebezpieczniejszy, gdzie poderzna ci gardlo i splucza w klozecie z wielkim pluskiem. ZObaczycie dalej ile w tym prawdy.
Odprawa gladko, oczywiscie male sprwadzanko plecakow co bysmy czasem nie przemycaly worka koki do kokainowego kraju)
Dworzec, autobus i co....? trzeba czekac kilka godzin bo nie lubimy docierac na miejsce w srodku nocy, nasz cel: Medellin, ponoc piekny. Niemila niespodzianka to ceny, znacznie wyzsze za transport niz w pozostalych krajach. Do przemierzenia mnostwo kilometrow, wiec nie ma sie co dziwic.
Rozmawiamy z ludzmi i okazuje sie ze jest mozliwosc dojechania do celu na stopa z tirowcami. YES pomyslalysmy. To nie glupie. Mamo, tato, bracie i Bodku nie panikujcie.
Postanawimy ze wsiadamy tylko do tira albo do pastora z rodzina i psem albo do autokaru zakonnic)))) pastor i zakonice nie wypalily, ale....tir z aniolem strozem).
Tak wiec przemierzamy z wielkimi plecakami na wylotowke Panaamericana, montujemy karteczke z napisem Medellin albo Cali i stoimy. Jedna, druga,... godzina, zmieniamy miejsce i znowu, 30 minut, godzina..., podjezdza policja, wola mnie, ja podchodze, gadka szmatka, pada haslo ze wygladam z moimi dredami jak mala jaraczka ziola wiec na pewno mam przy sobie jakiegos wora (dla tych co nie wiedza, palenie ziola to nie moja rzecz), ja oczywiscie glupi usmiech ze skad ze znowu. Oni na to ze to ich praca i musza mnie przeszukac. okazali sie milymi mlodymi chlopaczkami, obylo sie bez rewizji, a tak na marginesie i tak nie moga obszukiwac kobiety))) uscisnelismy sobie dlonie, wymienilismy usmiechy. Oni odjezdzaja, my czekamy dalej. Zaczyna sie sciemniac, wiec coz... wracamy na dworzec, troche zawiedzione bo wiadomo, przejechanie Kolumbii to niebagatela 100 dolcow. Po drodze podjezdza do nas mlody chlopaczek i mowi ze widzial nas jak probujemy cos zlapac i ze on jedzie dzisiaj do Medellinu i ze chetnie nam pomoze, bo... jak sie pozniej okazalo, Richard, tak ma na imie, marzy o podrozach i zawsze chcial pomoc jakiemus turyscie. poznac kogos z obcego kraju, zabrac go mega wypasionym starym amerykanskim tirem, co to ma dwie wielkie rury wydechowe na dachu i trabi jak na filmach)))
Umawiamy sie z nim kolo hotelu za dwie godziny. Przyjezdza, wszystko dziala. Pakujemy sie do wielkiego traka. Richard okazuje sie naszym aniolem strozem. Za nami jedzie jego wujaszek Merardo, niesamowity czlowiek. W drodze gawedzimy, my z Pola troche przysypiamy, bo juz dluga droga za nami.
Zatrzymujemy sie okolo 1 w nocy chloapki musza sie przespac, my tez rozrpostowac kosci. Ja ide spac na pake, na worki z kamieniami))) Oczywiscie Richard daje mi miekki kocyk, wraz z moim spiworem daje rade. ciekawe doswiadczenie) Pola zasypia na siedzeniach a Richard na podlodze. Rano pobudka skoro swit i znowu w droge. Przemierzamy Kolumbie, w ktorej zakochujemy sie z kazdym kilometrem coraz bardziej, oczywiscie po drodze turystow brak. Ale to nam nie przeszkadza, widoki jak z obrazka, wielka maszyna przemierza trase baaaaardzo wolno, badz co badz jest to jakies 40 ton z zaladunkiem, dzieki temu podziwiamy wszystko dokladnie. MIjamy ciekawe male wioski, tak bardzo rozne od tych z Peru, Boliwii, czy Ekwadoru. Czasem udajemy ze spimy gdy po drodze widzimy patrole policji lub uzbrojone wojska. Richard mial pozwolenie tylko na jednego pasazera, a nie na nas dwie. Czasem w malych wioskach widzimy wojskowych z wielkimi karabinami, normalnie film.

I tak zlatuja nam prawie 3 dni i trzy noce. Richard i Merardo to prawdziwi dzentelmeni, nie dosyc ze nie placilysmy nic za droge to jeszcze nic za posilek, nigdy nie pozwolili wyciagnac nam portfela. Po drodze zatrzymujemy sie w knajpce przy stacji benzynowej, chlopaki w kime, my na kawe z nadzieja na jakis prysznic. Idziemy do baru zamawiamy co trzeba pytamy o prysznic, hmmmm...brak((( no nic, myslimy, posmierdzimy jeszcze kilka dni. Za chwile wlasciciel baru mowi ze nie ma prysznica ale ze za barem jest pole i zywej duszy i wielki baniak wody, beka przeogromna i waz z woda ktora leci z gor. No jasne, wchodzimy w to. Wiec kapiel na polu z widokiem na gory byla przezabawna. Swiezutkie i pachnace gawedzimy chwile z kelnereczkami, ktore nigdy nie widzialy turystow, chcemy placic, a tu znowu przemila niespodzianka, wszystko na koszt wlasciciela.

Trzeci dzien podrozy, zostalo kilka godzin do Medellinu, i co...? swieto jakies i zamykaja trase dla tirow. Dobrze sie zloylo ze utknelismy w miejscu gdzie byl basen, zimne piwko, wiec hlus do wody i byczonko caly dzien na sloncu z ciekawymi rozmowami z Richardem i jego wujaszkiem. Wieczorem moglysmy poznac i pogawedzic z tutejszymi, posluchac dobrych wskazowek i rad na temat Kolumbii.
Ruszamy o swicie, w koncu docieramy. Pozegnanie smutne, po trzech dnia zdazylismy sie juz do siebie przyzwyczaic. Zreszta od samego poczatku czulismy sie ze soba mega swobodnie. Bierzemy od Richarda i wujaszka telefon zeby powiadomic ich jak dotarlysmy dalej, biedni, martwili sie o nas bardziej niz my same o siebie.
I takie to bylo pierwsze starcie z Kolumbia, ktora okazala sie najbardziej przyjaznym i cieplym krajem, a podroz jedna z najbardziej ciekawych i bezpiecznych. Przez Farc zwykli ludzie ucierpieli bo maja tak niechlubna opinie w swiecie. Prawda jest taka ze sa przesympatyczni. KOchaja swoj kraj i ludzi ktorzy ich odwiedzaja. Na pewno wszedzie znajda sie jakies paskudniki, ale my na szczescie jeszcze ich nie spotkalysmy.
 
POPRZEDNI
POWRÓT DO LISTY
NASTĘPNY
 
Zdjęcia (4)
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
  • zdjęcie
Komentarze (0)
DODAJ KOMENTARZ
 
zwiedzili 4% świata (8 państw)
Zasoby: 52 wpisy52 134 komentarze134 394 zdjęcia394 0 plików multimedialnych0
 
Nasze podróże
11.05.2009 - 25.02.2010